ARTYKUŁY

Między historią a mitem - Stadnina Koni Janów Podlaski

Opracowanie: purepolishsociety.com 


Aby pojąć wrzawę jaka regularnie pojawia się  po roku 2016 wokół Stadniny Koni Janów Podlaski i całej polskiej hodowli koni arabskich, należy zrozumieć, że powszechna i utrwalana przez media wiedza o powyższych, jest zbudowana wokół mitów, czasem zmyślonych faktów,  z pominięciem tych istotnych i decydujących o aktualnej  i prawdziwej sytuacji. Stan świadomości społecznej na temat koni arabskich zbudowany jest raczej na legendach, niż na rzetelnej wiedzy, a istnienie i utrwalenie mitów jest istotne dla osób czerpiących z ich funkcjonowania określone korzyści.  Dyskusje na ten temat, a nawet realne próby zmiany istniejącego stanu, zakładające mityczny stan faktyczny, nie prowadzą w żaden sposób do jego naprawy, a raczej służą utrwaleniu patologii jakie doprowadziły do obecnej degeneracji Janowa Podlaskiego jako pepiniery polskiej hodowli koni arabskich. Z tego powodu ujawnienie mitów, na których opiera się powszechna opinia na temat Janowa oraz zrozumienie przyczyn, ale i ujawnienie beneficjentów ich funkcjonowania, jest kluczem do zrozumienia faktycznych problemów dotykających tę wiekową stadninę i całą polską państwową hodowlę koni arabskich, a w konsekwencji do skutecznej próby ich naprawy.

W obrazach  przeszłości przechowywanych w pamięci zbiorowej mieszają się ze sobą wyobrażenia o różnym charakterze, układając się w opowieści, które są bardziej historią lub bardziej legendami, albo mitami – zależnie od tego, na ile zgadzają się z faktami, interpretacjami i ocenami ustalonymi przez profesjonalnych badaczy, a także przez kogo, jak i po co są one opowiadane. Dzieje się tak również w przypadku Stadniny Koni Janów Podlaski. Skąd zatem czerpiemy wiedzę o jej historii?Jakie mity były upowszechniane? Jakich funkcji społecznych i politycznych można się w nich dopatrywać? 

Dobry mit lepszy od prawdziwej historii?

Jedynym pełnym opracowaniem historii Stadniny Koni Janów Podlaski jest praca prof. Witolda Pruskiego zatytułowana “Dzieje państwowej stadniny koni w Janowie Podlaskim 1817-1939”, wydana w roku 1948 przez Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk. Profesor Pruski, dysponując niezwykle szeroką wiedzą hipologiczną, opierając się na zgromadzonych w swojej bezcennej bibliotece źródłach, opracował dzieje stadniny janowskiej w sposób pełny i wyczerpujący, szczególnie od strony hodowlanej. Wszystkie późniejsze publikacje dotyczące Janowa są oparte na wspomnianej pracy Pruskiego i nie wnoszą niczego istotnego. Historia stadniny opisana do roku 1939, a więc do chwili wybuchu II Wojny Światowej jest dość kompletna. Dalej już bywa różnie. 

Jedynym pełnym opracowaniem historii Stadniny Koni Janów Podlaski jest praca prof. Witolda Pruskiego zatytułowana “Dzieje państwowej stadniny koni w Janowie Podlaskim 1817-1939”, wydana w roku 1948 przez Poznańskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, źródło; archiwum autorki

Przede wszystkim z tego powodu, że rok 1939 to w zasadzie kres istnienia stadniny, sowiecka grabież koni i majątku. Lata 1939-1944 to z kolei czas niemieckiej okupacji Janowa, co do którego źródła są nieliczne i mało wiarygodne, gdyż publikowane już w latach “komuny” gdzie nie wszystko mogło być opisane zgodnie z `rzeczywistością, a także było pisane przez ludzi, którzy publikowali i przekazywali własną, subiektywną i możliwą do zaakceptowania przez cenzurę “wersję” historii. Tak też należy  podchodzić do pracy Andrzeja Krzyształowicza „Janów Podlaski w latach 1939-1967” obszernego artykułu opublikowanego w  roku 1967 z okazji 150-lecia stadniny[1]. Pozostałe liczne prace tegoż autora, również należy traktować nie jako  opracowanie, ale źródło, gdyż są one w większości subiektywnymi wspomnieniami uczestnika wydarzeń. I w tym miejscu pojawiają się mity; 

Mit 1 „dobrzy Niemcy w Janowie” 

(Opowieść eksponowana  w mediach po roku 2016 wraz z tezą, że  PIS zniszczył Janów,który przetrwał zabory, PRL, a (...)„nawet Niemcy go  odbudowali i lepiej dbali o konie i ludzi.“ , (...) Stadnina przetrwała zabory, wojny, okupację, PRL. PIS zabił stadninę w trzy lata”)

“Konie Rubinowe” Ireneusz J.Kamiński, Wydawnictwo Lubelskie, Lublin 1982. Autor dziennikarz dwutygodnika “Kamena” w swojej książce zebrał ostatnie dostępne wówczas świadectwa osób pamiętających czasy okupacji i powojennej odbudowy. Jego opowieść idzie często pod prąd wielu utrwalonym dziś mitom, stanowiąc cenne źródło informacji.   

W 1939 roku Państwo Polskie utraciło niepodległość, na skutek czego część jego ziem wcielono do państwa niemieckiego (inną część do Sowieckiej Rosji), a z części ziem, obejmującą także miejscowość Janów Podlaski, Niemcy stworzyli tzw. Generalną Gubernię. Stadniną na Wygodzie okupant administrował w latach 1939-1944, tworząc na jej miejsce Hauptgestud Janów. Janów włączono do niemieckich stadnin państwowych, które działały na potrzeby Wehrmachtu w wyłącznym interesie okupanta. W latach 1940-1942 na terenie stadniny  funkcjonował wydzielony obóz pracy dla okolicznych Żydów, którzy pracowali przy remontach budynków i wykonywali prace gospodarcze[2]. Obóz został zlikwidowany w roku 1942, na skutek czego żydowscy pracownicy stadniny trafili do obozu zagłady w Treblince[3]. Niemcy zatrzymali w stadzie i w stadninie polski personel, który był im całkowicie podporządkowany, a zatem i lojalny wobec okupanta. Początkowo nikt z byłej kadry administracyjnej nie został przyjęty do pracy w stadninie. Dopiero w grudniu 1939 roku zostali zatrudnieni na stanowiska asystenta technicznego; Stanisław Pohoski - w stadninie i Tadeusz Marchowiecki - w stadzie ogierów. Andrzej Krzyształowicz wyjechał na początku października 1939 z Janowa, do rodziców, którzy mieszkali w Pełkiniach. Możliwość ponownego zatrudnienia w Janowie pojawiła się pod koniec stycznia 1940 roku, kiedy Krzyształowicza niemiecka administracja zatrudniła na stanowisku koniuszego stadniny i stada, na którym pozostał  do końca wojny. Polski personel był niezbędny do prawidłowego utrzymania działalności, wobec czego ludzie którzy znaleźli tam zatrudnienie, mogli stosunkowo bezpiecznie przetrwać wojnę. To z tego powodu w pamięci okolicznych mieszkańców oraz janowskich pracowników, okres wojny został zapamiętany pozytywnie. 

Za mit należy przyjąć twierdzenie, że Niemcy, a w szczególności komendant Hans Fellgiebel, byli Polakom szczególnie życzliwi. Opisana i udokumentowana jest akcja gestapo w Janowie, podczas której aresztowano siedmiu masztalerzy, z których tylko jeden wyszedł z więzienia żywy. Ten jeden, prawdopodobnie wybroniony przez Fellgiebla był podkuwaczem i trudno go było wobec braku fachowców zastąpić i to prawdopodobnie uratowało mu życie. Pozostali zostali straceni na Zamku w Lublinie pod zarzutem współpracy z AK.[4]  Tymczasem Marek Trela w swojej opowieści biograficznej stwierdził, że (...) płk Fellgiebel korzystał ze swoich koneksji rodzinnych, wyciągając z hitlerowskiego więzienia na zamku w Lublinie pięciu masztalerzy skazanych przez gestapo na śmierć po wpadce podziemnej organizacji Armii Krajowej”[5]. W świetle świadectwa Krzyształowicza i Bochenka ta informacja jest nieprawdziwa. W tym kontekście szokująca jest także informacja zawarta w artykule Marka Treli [6] mówiąca, że …”Hans Felgiebel otaczał opieką polskich pracowników stadniny chroniąc ich przed wywózkami i represjami. Ciekawostką jest, że po wyzwoleniu, w roku 1956, goszczony był w Polsce i w Janowie jako gość Ministerstwa Rolnictwa, a jako przewodnika i opiekuna oddelegowano ówczesnego inspektora ZHK inż. Andrzeja Krzyształowicza”. Zadziwiające jest budowanie postaci Fellgiebla, jako “dobrego Niemca w Janowie”, a także zażyłe relacje Krzyształowicza z przedstawicielem okupanta. W artykule Marshy Parkinson publicystki amerykańskiego czasopisma “Arabian Horse World” poświęconemu Andrzejowi Krzyształowiczowi, pojawiły się nawet twierdzenia, że Fellgiebel (...) mówił biegle po polsku i był dla okolicznych Polaków niczym Oskar Schindler, zatrudniając polskich oficerów, chroniąc ich przed gestapo, ratując przed wywiezieniem do obozu masztalerzy-uczestników wojny obronnej (…)”. Te fantazyjne stwierdzenia nie znajdują jednak potwierdzenia w żadnych świadectwach. Stosunek dowództwa AK wskazujący dopuszczalny zakres współpracy z okupantem, był jasno określony i zapewne znany janowskiemu personelowi. Należy podkreślić, że nadmiernie dobre stosunki polskich załóg stadnin z niemieckimi zarządcami, były piętnowane przez polski ruch oporu i zdarzyły się przypadki, kiedy masztalerze przechodzili do oddziałów partyzanckich po tym jak otrzymywali sygnał od ruchu oporu, w którym grożono im karą śmierci za pozostanie w służbie niemieckiej[7]. 

“Z końmi między frontami” Ehrenfried Brands jako bezpośredni uczestnik zdarzeń ze strony niemieckiej opisuje dość dokładnie sposób działania stadnin na terenach okupowanych w latach 1939-1945 

Z tego powodu nie jest już tak oczywista, a pozytywna ocena udziału w tzw. ewakuacji stadniny w roku 1944. Na przykład kierownik janowskiego stada ogierów Tadeusz Marchowiecki, wobec pojawiających się pogłosek o planowanej ewakuacji koni na zachód opuścił Janów, rezygnując z w miarę bezpiecznej pracy. Rozkazowi o ewakuacji nie podporządkował się również Stanisław Hay, który w latach 1939-1944 pełnił funkcję asystenta technicznego w  Stadzie  Ogierów w Białce. Hay wraz z  grupą masztalerzy, a wbrew niemieckiemu rozkazowi, pozostał w Białce, dzięki czemu obiekty stada zostały uchronione od dewastacji, a konie Niemcy zmuszeni byli do wywozu przy pomocy swoich oddziałów rezerwowych. Także Andrzej Osadziński, późniejszy wieloletni dyrektor PSO Bogusławice, nie chcąc uczestniczyć w grabieży polskich koni przez Niemców, dołączył w tych dniach do oddziałów partyzanckich.  Z 40 masztalerzy, którzy wyjechali z Janowa Podlaskiego wraz z końmi, przed granicą sporo uciekło. [8] Po zakończeniu działań wojennych większość janowskich pracowników powróciła do kraju nie czekając na powrót koni tak, że do Posadowa w 1946 roku Krzyształowicz dotarł jedynie z dwoma ludźmi, którzy towarzyszyli koniom od początku. 

Jednym z mitów podtrzymywanych do dziś jest przedstawiane mjra Hansa Fellgiebla, aresztowanego przez gestapo, po wykryciu udziału jego brata  w zamachu na Hitlera, jako życzliwego Polakom Niemca, który pomógł ocalić polskie konie. Zamachowcy, którzy mieli plan eliminacji Hitlera, zamierzali zakończyć wojnę dogadując się z Sowiecką Rosją i w tym planie nie było miejsca dla Polski. Po prostu wschodnią granicą Niemiec byłaby Wisła lub Bug. Niemcy w żadnym wypadku nie brali pod uwagę zwrotu Polsce wywożonych koni, co potwierdza fakt jak wiele jeszcze do dziś na terenie Niemiec jest polskich dzieł sztuki i archiwaliów, których zwrotu Polska nie może się doprosić pomimo 80. lat od zakończenia wojny. Konie janowskie odebraliśmy sami, dzięki ofiarnej pracy polskich oficerów w armii brytyjskiej, działaniom Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech finansowanym przez Polski Rząd w Londynie i  British Army. 

Wobec powyższego twierdzenie, że w Janowie byli jacyś „dobrzy Niemcy” to mit.

Fotografia wachmistrza Schultza dosiadającego ogiera Amurath Sahib w Janowie z lat 1941-1943, jest jednym z częściej powielanych wizerunków koni janowskich z czasów okupacji. Zdjęcie to jest  przykładem manipulacji obrazem, który ma nas przekonać z jednej strony, że Amurath Sahib był pięknym ogierem a z drugiej jak świetnie Niemcy się z nim i w domyśle Janowem  obchodzili. A mogli nasłać gestapo ….. …” Zarówno w miasteczku, jak i na terenie stadniny, wśród straży byli Niemcy różnego pokroju i charakteru. szczególnie nieludzki był wachmistrz Schultz. Pędził ludzi do pracy, nie pozwalając na odpoczynek. Umiał zawsze znaleźć powód do ukarania, zwłaszcza gdy nie miał co palić lub wypić…”[9]

Mit 2 Niemcy odbudowali stadninę janowską

Stadnina janowska po grabieży sowieckiej w październiku 1939 roku praktycznie przestała istnieć. Dopiero na początku 1940 roku Niemcy zatrudnili większość pracowników stadniny i stada ogierów, którzy otrzymali zadanie odszukania koni zaginionych podczas  wrześniowej ewakuacji lub pozostawionych na trasie. W ten sposób  powróciło dla Janowa kilkanaście sztuk młodzieży, w tym potomstwo Ofira czy ogier Trypolis. Pozostałe konie trafiły do stadniny  w drodze mniej lub bardziej przymusowego wcielenia prywatnych klaczy i ogierów do Hauptgestud Janów. Wobec niezwykle trudnej sytuacji na terenach okupowanej Polski, niektórzy prywatni hodowcy być może liczyli, że skonfiskowane konie uda im się po wojnie odzyskać, a w Janowie będą w miarę bezpieczne. Jak wiemy z historii okazało się to niemożliwe. Jedynie Anna Bąkowska odzyskała prawo do Bałałajki, którą i tak ostatecznie odebrali jej komuniści i wcielili do stadniny w Albigowej.  Za konie prywatne należy tu również uznać konie, które były hodowli janowskiej, a zostały przez hodowców zakupione przed wojną lub tych koni potomstwo. Kilka janowskich koni trafiło do Janowa z innych stadnin państwowych, jak na przykład klacze Saga i Cecylia z Białki czy Amurath Sahib z Bogusławic[10]. Ostatecznie konie zgromadzone w Janowie w latach 1940-1944, nie miały wiele wspólnego z kontynuacją tej przedwojennej hodowli. Co ciekawe w latach 1940-1948 w dokumentach,  skonfiskowane przez Niemców konie uważano za konie janowskie i ich potomstwo zgłaszano do PASB jako hodowli janowskiej. Dobrym przykładem jest tu sprawa Bałałajki, która została skonfiskowana wraz z matką Iwonką III z Kraśnicy, podobnie jak Elsissa i jej córki Lala i Amneris z Wodzisławia czy Pieszczota odebrana Irenie Zakrzewskiej. 

Konie zgromadzone w Janowie w latach 1940-1944, nie miały wiele wspólnego z kontynuacją tej przedwojennej hodowli. Co ciekawe w latach 1940-1948 w dokumentach,  skonfiskowane przez Niemców konie uważano za konie janowskie i ich potomstwo zgłaszano do PASB jako hodowli janowskiej.

W latach wojny hodowlę janowską dotykały liczne choroby, ronienia a przede wszystkim brak możliwości właściwego doboru ogierów. Hodowlą kierował wszechwładny Gustaw Rau, który według własnej koncepcji decydował o przydziale ogierów i klaczy przenosząc je dowolnie - do Hostau, gdzie próbował stworzyć własną “hitlerowską” rasę koni. Niemcy pozostawiając w stadninie Stanisława Pohoskiego  zachowali się praktycznie, ale trudno jest twierdzić, że miał on coś do powiedzenia w Janowie w tym czasie. Zarówno ilość koni jak również uwaga  poświęcona ogierom w stadzie potwierdzają, że głównym celem działalności Janowa podczas okupacji było stado ogierów, a Janów dodatkowo stał się ulubionym miejscem rozrywki oficerów Wehrmachtu, co potwierdzają liczne zdjęcia z parad hodowlanych, polowań z sokołami czy pokazów zaprzęgów. Wydano nawet specjalną serię pamiątkowych pocztówek z Janowa w latach 1941-1943, które dokumentują jak dobrze oficerowie Wehrmachtu bawili się w Janowie. Rau i Fellgiebel pozostawili po sobie świadectwo okupacyjnej działalności w Hauptgestud Janów. Pierwszy w postaci licznych raportów dotyczących zarządzania końmi na terenach okupowanej przez Niemców Europy, drugi wydał w 1952 roku książkę zatytułowaną “ Das polnische Araber Hauptgestud Janów Podlaski 1919-1946”. 

Hauptgestud Janów - Stajnia Zegarowa lata 1941-1943, źródło; archiwum 

Odbudowa Janowa przez Niemców to mit, gdyż Niemcy dla swoich militarnych celów zorganizowali w tym miejscu Hauptgestud. 

Mit 3 Andrzej Krzyształowicz ocalił polskie konie i dzięki niemu wróciły do Polski

Jest faktem, że Andrzej Krzyształowicz jako jedyny opisał i opublikował wspomnienia z lat pracy w czasie okupacji w Janowie oraz dramatycznej  podróży koni do Niemiec w latach 1944-1945, aż do powrotu do Polski w roku 1946. Z osób uczestniczących w ewakuacji do Niemiec nikt poza Krzyształowiczem, nie pozostawił tak pełnej relacji. Pozostałe źródła opisują pewne fragmenty tej historii i dotyczą osobistych losów ich autorów, stanowiąc jednak ich subiektywny punkt widzenia. Opublikowany w roku 1948 artykuł Andrzeja Krzyształowicza [11], był następnie publikowany Koniu Polskim (1976 i 1986), stanowiąc jedyne źródło informacji o tamtym okresie. Prawdopodobnie z tego powodu Andrzej Krzyształowicz stał się osobą powszechnie kojarzoną z odzyskaniem polskich koni z Niemiec. Już w latach 60. wielu z uczestników tych zdarzeń nie żyło, bądź z powodów politycznych nie miało możliwości uczestniczenia w polskim życiu hodowlanym. Duża część pozostała na emigracji i również nie miała możliwości opowiedzenia własnej wersji zdarzeń[12]. Przyjęto więc, całkowicie niesłusznie, że nieobecni nie mają głosu. W ten sposób powstał mit, który sprawił, że przez lata zapomniano o wielu zasłużonych dla stadniny janowskiej i polskiej hodowli  ludziach, a jedynym zasłużonym dla stadniny jawił się A. Krzyształowicz. W miejscu stacjonowania koni w Niemczech w miejscowości Nettelau, Krzyształowicz pełnił niezwykle istotną rolę nadzoru nad personelem zatrudnionym przy koniach, ale była to rola ściśle techniczna, a nie decyzyjna. Wszelkie decyzje dotyczące losów koni, którymi się opiekował zapadały w innym miejscu i na innym szczeblu. Najpierw decydowali o tym Niemcy, następnie dowództwo brytyjskie, na które to na szczęście wpływ mieli polscy oficerowie tej armii, tworzący Zarząd Stadnin Państwowych. 

Ppłk Stefan Zamoyski, polski oficer, w latach 1945-1947 stał na czele Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech. Dzięki temu człowiekowi, który wraz z Henrykiem Harlandem i Tadeuszem Bobińskim zgromadzili polskie konie wywiezione do Niemiec w latach okupacji, Polska odzyskała w latach 1946-1947 - 1760 koni hodowlanych w tym 39 klaczy  czystej krwi arabskiej oraz ogiery Witraż, Wielki Szlem i Amurath Sahib, które stanowiły podstawę odbudowy polskiej powojennej hodowli, źródło; archiwum rodzinne Adama Zamoyskiego

Biorąc pod uwagę naszą obecną wiedzę na temat wojennych losów polskich koni oraz działalności Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech,  twierdzenie że to Krzyształowicz ocalił polskie konie jest nieuprawnione.

Mit 4 stadnina w Janowie była oazą oporu i nie miała nic wspólnego z komunizmem

”Narracja snuta przez wypromowanych w ciągu ostatnich kilku lat przez media “arabocelebrytów” obecna jest wszędzie. Trzeba przyznać, że opowieści o kawaleryjskich tradycjach, przeniesionych bez szwanku przez kolejne pokolenia, dobrze przysłużyły się narodzinom nowej wersji ziemian, kultywujących kresowy styl życia na etatach. Bywało jednak, że nie odżegnywali się od związków z komunistycznym aparatem a więc PZPR (...) Ten szczególny społeczny awans jest oczywiście reglamentowany - chętnym z zewnątrz  pochodzącym spoza ściśle określonego grona absolwentów kierunków, teoretycznie zapewniających przygotowanie do profesjonalnego zajmowania się hodowlą, stawiano nieformalne bariery, które utrwalały system” [13]. Jeśli chodzi o postać Andrzeja Krzyształowicza i jego stosunek do systemu komunistycznego najlepiej ująć  ponownie cytatem z książki Moniki Luft ; “...raczej do rodzinnych mitów zaliczyć można opowieści, jak ta cytowana przez witrynę Money.pl; (..) Komuniści aresztowali takich ludzi jak on (Krzyształowicz,przyp.red.), ze złym pochodzeniem.(...) O rzekomych zatrzymaniach i pobytach w więzieniu nie wspominają żadne inne źródła, w tym artykuły biograficzne. Przeciwnie wyrazem jego akceptacji dla ustroju PRL, było członkostwo w PZPR. Jako aktywny działacz, rzadko opuszczał zebrania partyjne i zawsze zabierał głos w sprawach partii i “zakładu pracy”. (...) Mimo zaufania, jakim cieszył się u władz jako aktywista partyjny, Krzyształowicz także podlegał obserwacji (...). Stadnina w Janowie z uwagi na liczne kontakty z klientami zagranicznymi była otoczona szczególną opieką służb i w tamtym systemie nie istniały żadne możliwości sprzeciwu. Działalność POP[14] w Janowie w latach 1950-1989 została dość dokładnie opisana przez cytowaną wyżej autorkę. Jeden przytoczony tu cytat powinien raz na zawsze obalić mit o janowskim antykomunizmie;  (…)„W sierpniu i następnych miesiącach pamiętnego roku 1980 kolektyw martwi się strajkami i ich wpływem na stan gospodarki. - W trudnej sytuacji gdy wrogowie chcą zmiany ustroju, a socjalizm w Polsce jest dla nas -  towarzysz Krzyształowicz wyraża opinię, że brak dyscypliny Polaków jest związany z naszą narodową historią (...) Czasu wymagać będzie odbudowa zaufania do władzy ludowej”. Gdy w kraju trwa wielki karnawał Solidarności janowska POP nazywa to w swoich oświadczeniach anarchią i gwałceniem dyscypliny społecznej. 

Spotkanie komitetu gminnego PZPR w Janowie Podlaskim z kombatantami, trzeci z lewej dyrektor stadniny Andrzej Krzyształowicz (1978), źródło; “Arabska awantura” M.Luft  

Janowski antykomunizm to mit, mający dostosować wizerunek ówczesnej komunistycznej hodowlanej nomenklatury do czasów współczesnych.

Mit 5 stadnina arabska w Janowie działa nieprzerwanie od 200 lat

Z opisanej przez Hannę Sztukę pierwszej części historii stadniny,  wynika jasno, że od 1817 do 1915 roku Janów Podlaski był przede wszystkim państwowym stadem ogierów a działająca tam stadnina miała za zadanie dostarczać początkowo konie na potrzeby dworu w Warszawie, potem w Petersburgu a na koniec ogiery terenowe do własnego stada. W tamtym czasie w Janowie hodowano i utrzymywano konie półkrwi angielskiej i z faktu, że w stadzie było zwykle utrzymywanych kilka ogierów czystej krwi arabskiej nie możemy wyprowadzić twierdzenia, że istniała tam hodowla koni czystej krwi. 

Dopiero w roku 1919 został w Janowie powołany dział koni czystej krwi arabskiej i od tego momentu możemy mówić o hodowli koni arabskich w stadninie. Od chwili wywiezienia koni  do Niemiec w lipcu 1944 aż do roku 1960, a więc przez 16 lat, w Janowie koni arabskich nie hodowano. Fałszywe jest również twierdzenie, że po likwidacji stadnin w Albigowej i Nowym Dworze do Janowa powróciły janowskie konie arabskie. Takich koni było bardzo niewiele, gdyż w roku 1939 niewiele ich w Polsce pozostało. Większość koni, które zasiliły Janów w roku 1960 to było potomstwo koni prywatnych wcielonych do Albigowej i Nowego Dworu w 1948 roku. Do tego należy pamiętać o klaczach babolniańskich i ich potomstwie, które zostały zakupione w 1946 roku przez Zarząd Stadnin Polskich w Niemczech i wcielone do polskiej hodowli państwowej. W chwili likwidacji, stadniny w Albigowej i Nowym Dworze stały już na bardzo wysokim poziomie i to ich dorobek stał się fundamentem sukcesu nowo uformowanej stadniny janowskiej. (...) “Konie arabskie zaczęły przyjeżdżać (do Janowa przyp.red.) w 1959 roku, kiedy to 8 stycznia przyszły z Nowego Dworu klacze Arkadia i Ellenai” czytamy w artykułe Marka Treli[15]. Słowa te tak komentuje w swojej książce Monika Luft  (...) “Zaczęły przyjeżdżać”, “przyszły i inne eufemistyczne określenia były (i, co interesujące, są nadal) typowe dla piśmiennictwa “hodowlanego”, zacierającego pamięć o dramatach kryjących się za tymi neutralnie brzmiącymi sformułowaniami. Także i tym razem postanowienie to wywołało żal i poczucie krzywdy u hodowców z zamykanych stadnin, którzy od końca lat czterdziestych rozwijali hodowlę na miarę swych sił i możliwości (jak wspomniany wcześniej Józef Tyszkowski)[16], nie będąc przy okazji protegowanymi pułkownika Arkuszewskiego”[17] (w domyśle komunistów przyp.red.). Przy okazji przeniesienia koni do Janowa wiele koni z Albigowej i Nowego Dworu trafiło po prostu do rzeźni, ponieważ, jak pisała o tym czasie Anna Dębska [18] (...)”Oni wolą zarżnąć konia niż go sprzedać prywatnej osobie”[19]. 

Choć stadnina/stado w Janowie, założone zostało przez podległe carowi Rosji władze Królestwa Polskiego już w 1817 roku, to konie arabskie w Janowie hoduje się dopiero od roku 1919 z przerwami w latach okupacji: 1939-1944 oraz po wojnie 1944-1960. Tak więc  “arabskie” nieprzerwane 200 - letnie działanie Janowa o mit.

Mit 6 Bandola “królowa Janowa”,  Bask “objawienie Ameryki”, Comet “ogier wszechczasów” i „cudna Eunice” to konie hodowli SK Janów Podlaski.

Urodzona w 1948 roku w Albigowej Bandola, córka Bałałajki 1941, skonfiskowanej przez Niemców z Kraśnicy i wcielonej do Hauptgestud Janów, w latach 60. nazywana była “królową Janowa” i tak przeszła do historii, fot.Marian Gadzalski, źródło; archiwum THPKA

Bandola, Bask, Eunice to ikony polskiej hodowli koni arabskich, które w powszechnym odbiorze kojarzą się z Janowem. Nie mniej jednak jest to typowy mit, gdyż Bandola i Bask urodziły się w Albigowej, a Comet i Eunice w Nowym Dworze. O ile jednak Carmen 1942, matka Cometa jest urodzona w czasie okupacji w Hauptgestud Janów, to jego ojciec urodzony w Nowym Dworze jest synem prywatnego ogiera Bad Afas 1940, a jego najpiękniejsza córka Eunice 1959, również jest urodzona w Nowym Dworze. (…) „Tyszkowski użył Cometa, ale w Janowie Comet pokrył tylko 5 klaczy i od razu odszedł do Michałowa, bo Krzyształowiczowi nie odpowiadał” [20].Podobnie rzecz się ma z Bandolą. Urodzona w 1948 roku w Albigowej Bandola, córka Bałałajki 1941, skonfiskowanej przez Niemców z Kraśnicy i wcielonej do Hauptgestud Janów, w latach 60. nazywana była “królową Janowa” i tak przeszła do historii. Jej  pełny brat Bask 1956,  trafił do Janowa z toru wyścigowego na krótko przed sprzedażą do USA. Z powodów, które możemy nazwać delikatnie,  politycznych, decyzja o likwidacji Albigowej i Nowego Dworu była dla tych hodowli krzywdząca, a przejęcie ich dorobku przez Janów prowadziło do wymazania ich z historii w celu jak najszybszego wygładzenia wizerunku stadniny arabskiej w Janowie, która stawała się w tamtym czasie liderem w eksporcie polskich koni. W ten sposób po latach w zapomnieniu, mało kto dziś pamięta o dorobku stadnin w Albigowej i Nowym Dworze a Bandola, Bask czy Eunice pozostają w powszechnym odbiorze związane z Janowem. 

Wymienione konie: Bandola, Bask, Comet i Eunice, związane są z Janowem ze względu na likwidację ich miejsc urodzenia - To, że Janów był ich hodowcą to mit.

Mit 7 Marek Trela jest bezpośrednim następcą Andrzeja Krzyształowicza

W latach 70. i 80. pozycja Andrzeja Krzyształowicza w Stadninie Janów była bardzo mocna, zarówno z uwagi na jego wysokie kompetencje, jak również całkowite podporządkowanie się systemowi poprzez bycie członkiem tzw.partyjnej nomenklatury. Sukcesy kolejnych sprzedaży na aukcji w Janowie jedynie umacniały tę pozycję. Było jednak tajemnicą poliszynela, że choć Andrzej Krzyształowicz jako hodowca sprawdzał się znakomicie, natomiast jako gospodarz, nie do końca. Janów był od początku swojego istnienia uważany za obiekt trudny do prowadzenia,  deficytowy i takim pozostał praktycznie do dnia dzisiejszego, pomimo tak wielu zmian jakie nastąpiły. Pod koniec lat 80. sytuacja Janowa stała się bardzo trudna. Andrzej Krzyształowicz przeszedł na emeryturę w roku 1991, w wieku 76 lat,  na fali zmian w przedsiębiorstwach państwowych.

Ewa Bałgaj “Marek Trela moje konie, moje życie” 2016, (...) W przypadku Treli  legenda jest rozpowszechniana przez samego zainteresowanego i poparta kurtuazyjnym wpisem Andrzeja Krzyształowicza w podarowanej mu książce. Sam Trela okazał się jednak postacią niejednoznaczną co mocno podważyło jego budowany latami wizerunek medialny. Uwikłanie się we współpracę ze służbami PRL, być może pomogło mu w karierze, ale jednocześnie rzuca się cieniem na jego dorobek jako hodowcy Pianissimy i niezłego administratora Janowa. 

Od tego czasu, do momentu objęcia samodzielnego zarządu Janowa przez Marka Trelę minęło prawie 13 lat. W tym czasie Marek Trela pracował w stadninie jako lekarz weterynarii, następnie jako członek zarządu. Wiadomo jednak, że w tamtym czasie istniała w stadninach państwowych jasno wytyczona ścieżka kariery i hodowcą w stadninie mógł zostać wyłącznie zootechnik z wykształcenia, doświadczenia i oczywiście z tak zwanym poparciem. Nie było niemal przypadku, aby to lekarz weterynarii zajął stanowisko hodowcy w państwowej stadninie, poza nielicznymi, zwykle nieudanymi wyjątkami.  Tak więc Marek Trela z całą pewnością, obierając sobie karierę lekarza weterynarii i na tym stanowisku zatrudniony, ciesząc się opinią znakomitego położnika, nie był przygotowywany przez Andrzeja Krzyształowicza na swojego następcę. Za taką osobę mógł być uważany w tamtym czasie Tomasz Skotnicki ale jego wyjazd do USA zakończył ten wątek. W latach 90. stadniną zarządzał krótko Janusz Wawiórko, przez żonę spokrewniony z Andrzejem Krzyształowiczem, a następnie po jego przedwczesnej śmierci, Michał Maciejewski, dobrze umocowany „gdzie trzeba”, ale też doświadczony hodowca i wieloletni dyrektor SK Walewice. Dopiero po jego odejściu na emeryturę rozpoczęła się kariera Marka Treli jako hodowlanego decydenta w stadninie, która z przerwą w latach 2016-2023 trwa do dziś, co jest sytuacją niepozbawioną kontrowersji. Twierdzenie, że jakikolwiek, nawet najbardziej zasłużony pracownik stadniny może, czy nawet powinien wyznaczać swojego następcę jest efektem klanowo-rodzinnego układu w powojennej polskiej hodowli państwowej, gdzie przynależność do właściwej grupy wyznaczała drogę kariery, a stanowiska powierzano drogą kooptacji, a nie poszukiwania najlepszych ludzi. W przypadku Treli ta legenda jest rozpowszechniana przez samego zainteresowanego i poparta kurtuazyjnym wpisem Andrzeja Krzyształowicza w podarowanej mu książce. Sam Trela okazał się jednak postacią niejednoznaczną co mocno podważyło jego budowany latami wizerunek medialny. Uwikłanie się we współpracę ze służbami PRL[21], być może pomogło mu w karierze, ale jednocześnie rzuca się cieniem na jego dorobek jako hodowcy Pianissimy i niezłego administratora Janowa. 

Pomiędzy zarządami Krzyształowicza, a Treli minęło 13 lat w trakcie których funkcjonowało dwóch innych prezesów. Z tego powodu  Marek Trela, nie będąc bezpośrednim następcą,  jest takim samym następcą Krzyształowicza jak wszyscy inni, którzy do dziś po nim nastąpili i zarządzają Janowem.

Mit 8 czy Stajnia Zegarowa - to (nie)zmienny symbol Janowa?

Stajnia Zegarowa, powstała w roku 1841, stan obecny, źródło; Stadnina Koni Janów Podlaski ,fb 

Wizerunek janowskiej Stajni Zegarowej jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych na świecie wizerunków jakiejkolwiek istniejącej stadniny. Jednak słynna wieża zegarowa przez pierwsze 70 lat od momentu budowy w roku 1848 wyglądała zupełnie inaczej. 

Stajnia Zegarowa , powstała w roku 1841, stan przed 1914,  źródło; archiwum THPKA

Projekt budynku przypisuje się wybitnemu architektowi, czołowemu przedstawicielowi neorenesansu w Polsce, Henrykowi Marconiemu.  Pierwotnie Stajnia Zegarowa miała zupełnie inny kształt niż obecnie. Wieża Zegarowa  zwieńczona była  stylową, neorenesanową  wieżyczką wyniesioną ponad obecnie zachowaną fasadę w stylu wieży obronnej, co nadawało budynkowi stylu i pewnej lekkości. Zniszczona podczas I Wojny Światowej nadbudowa, nie została zrekonstruowana, ani po roku 1918 ani po roku 1945 i tak zostało do dnia dzisiejszego. Pierwotnie Stajnia Czołowa i Zegarowa były pokryte czerwoną dachówką, co było zgodne ze stylem architektonicznym tych budynków. Pokrycie z blachy pojawia się w latach 80. XIX wieku, podczas budowy stajni Woroncowskiej. Prawdopodobnie podczas kolejnych remontów zastąpiono dachówkę blachą co wynikało z braku odpowiednich funduszy i  tak już pozostało. Nadchodzi jednak czas kiedy janowskie stajnie, wymagające pilnie gruntownych remontów powinny być  przywrócone do pierwotnego historycznego wyglądu. 

Od wielu lat nikt nie zadaje sobie pytania; nie o to jak wygląda Janów, ale jak wyglądać powinien. Wiadomo, że konie które powracały z Niemiec w roku 1946 nie mogły wrócić do Janowa, ponieważ był w tym czasie bardzo zniszczony. Ciekawe pytanie jednak: kto go tak zrujnował w latach 1944-1948? Nie ma bowiem żadnych przekazów, aby stacjonowały tam wojska sowieckie, ani nie toczono na tym terenie większych walk. Czyżby to miejscowa ludność podobnie jak w październiku 1939 roku rozgrabiła to, co pozostało po wyjeździe Niemców? Co ciekawe do takiej grabieży nie doszło w Białce, gdzie na straży obiektu pozostał  Stanisław Hay i część załogi.

Zatem w Janowie na początku lat 50.rozpoczęto prace nad przywracaniem stadninie dawnej funkcji. Decyzję o wznowieniu hodowli koni czystej krwi w Janowie podjęto jednak dopiero pod koniec lat 50. likwidując tym samym stado ogierów. W tym czasie w Janowie próbowano doprowadzić do funkcjonowania obiektu na poziomie przedwojennym, co niestety nigdy się nie udało. Zastanawiające jest, że w tym samym czasie (1950-1953) w `Michałowie powstaje nowoczesny obiekt hodowlany, wybudowany od podstaw, w trudnych stalinowskich czasach. Lustrzany do michałowskiego projekt zrealizowano w Walewicach (1953-1956). Czyżby więc komuniści nie mieli do Janowa przekonania? Nie odbudowano na przykład stajni zwanej Kamionką, a cegły z jej rozbiórki posłużyły na odbudowę stajni Woroncowskiej. Z przestrzeni architektonicznej Janowa zniknęła również stajnia tzw. Rozjazdowa oraz dom, dworek kierownika stadniny. Już w latach 60.przyjęto taki stan za oczywisty, a dziś uznaje się go wręcz za historyczny, choć w istocie wynikało to raczej z biedy i braku inwestycji, a nie było celowym założeniem. Twierdzenie, że w Janowie te budynki były już niepotrzebne, stoi w sprzeczności z rzeczywistymi potrzebami stadniny. W latach 70. powstał przy wjeździe do stadniny budynek biurowo-administracyjny przekształcony następnie w hotel, który spełnił w tamtym czasie swoją rolę, ale dziś niestety straszy tuż przy wjeździe do stadniny i żaden z kolejnych zarządów, ministrów, dyrektorów KOWR czy doradców nie zająknął się co dalej z tym budynkiem widmo. W pierwszej dekadzie XXI wieku pomimo oddania do użytku nowoczesnego kompleksu stajni z krytą ujeżdżalnią, zaadaptowano maneż stajni Woroncowskiej na stajnię dla koni wyścigowych. Ta prowizorka, brzydka, niepraktyczna i ograniczająca wykorzystanie maneżu zgodnie z przeznaczeniem trwa do dziś. Nikt już nie zadaje sobie pytania,  dlaczego stajnia Wornocowska, która w pierwotnym założeniu była stajnią przeznaczoną na 85 boksów dla ogierów i klaczy, połączona z funkcjonalnym maneżem, jest dziś zapuszczoną, pokrytą pleśnią z odpadającym tynkiem prowizorką. Maneż w stajni Woroncowskiej to jedna z najpiękniejszych przestrzeni w architekturze Janowa. Na pytanie dlaczego tak się dzieje można odpowiedzieć podobnie jak na pytanie, dlaczego nie mówimy o przywróceniu wieży zegarowej pierwotnego kształtu, dlaczego nie wymieniamy blach na dachówkę, dlaczego nie myślimy o odbudowie stajni na Kamionce. Po prostu wszyscy się już do obecnego stanu przyzwyczaili i uznają status quo. 

Brama wjazdowa do stadniny, fragment kutego skrzydła bramy wykonanego w roku 2017, źródło; Stadnina Koni Janów Podlaski, fb 

Jak trudno jest zrobić w Janowie coś nowego, co jest oczywiste i potrzebne, przekonał się na własnej skórze ówczesny prezes Janowa, Sławomir Pietrzak, który odważył się wyremontować janowską bramę dodając do niej piękne, kute wrota. W roku 2017 sprawa trafiła na czołówki portali internetowych i “arabocelebryci” wylali na ten projekt wiadra pomyj. Dziś brama jest jedną z atrakcji Janowa, a odwiedzający stadninę wydają się uważać ją za część historyczną. 

Janów od lat jest traktowany jako medialny fantom marzeń społeczeństwa o jego wielkości, a to, że stadnina zaczyna popadać w ruinę jest trudne do pojęcia. Szczególnie dla ponadpartyjnego nadzoru właścicielskiego, który nie wahał się zaplanować w zabytkowej przestrzeni architektonicznej Janowa biagazowni i instalacji fotowoltaicznej. Jeśli dodać do tego niszczejące, niekatalogowane zbiory archiwalne stadniny, na które nikt nie ma pomysłu, dostajemy smutny obraz zabytkowej stadniny, która tylko w części podobna jest do pierwowzoru, do tego przestała się rozwijać i staje się raczej bytem medialnym niż rzeczywistym. 

Obecny wygląd Stajni Zegarowej jest odmienny od założenia i z tego powodu istnieje możliwość jego zmiany poprzez przywrócenie formy pierwotnej.

Mit 9 Mit niezastąpionych fachowców

Po latach polityczno-medialnych zawirowań, w roku 2024 nowi organizatorzy aukcji w Janowie za główne hasło reklamowe przyjęli; „Duma i Prestiż wracają do Janowa”. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to nasuwa się skojarzenie, że rzeczona duma i prestiż wróciły z dalekiej podróży. 

“Arabska awantura od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” - Monika Luft, Wydawnictwo LTW, (...)” polskie araby to część polskiej historii z tajnymi służbami, agentami, a nawet światowymi interesami w tle. I w dodatku historia, która nie ma końca i dzieje się na naszych oczach” 

Gdzież więc były przez czas kiedy ich w Janowie nie było? Tu zdania są jednak podzielone zgodnie z osobistym rozumieniem zagadnienia. Na przykład jeden z amerykańskich współpracowników obecnej ekipy organizującej PoP pisze takie słowa (...)”Po ośmiu latach rządów skorumpowanych polityków wszyscy chcą wiedzieć jak duże są szkody i ile czasu zajmie odbudowa”(...) Energia i optymizm wzrosły od zeszłego roku po powrocie starego systemu (czyli Treli, Białoboka i Stojanowskiej przyp.red. )”. Z kolei jeden z prywatnych hodowców na swoim profilu w mediach społecznościowych pisze (…) „Konie nie mają tu większego znaczenia i nie są niczemu winne. Raz są lepsze, a raz gorsze. Byle było uczciwie. Najbardziej przykre z tego wszystkiego jest jednak to że człowiek przekonany do słuszności sprawy stał bezinteresownie w proteście „w pierwszym rzędzie z banerem”, broniąc tego co się wtedy stało w stadninach KRĘCĄC BAT NA SAMEGO SIEBIE. Tego się nie zapomina”. Hodowcy odnosząc się do załamania rynku w kraju i spadku wartości polskich koni na skutek działań medialnych w kraju i za granicą piszą więc (…) „Największe zasługi w temacie o którym piszecie należą się pani Annie Stojanowskiej”. W mediach w latach 2016-2023, zbudowano mit o upadku Janowa i całej polskiej hodowli koni arabskich, spowodowanej odwołaniem trzech wymienionych wyżej osób. Jak było naprawdę nikt nikogo nie przekona. Tak zwane „społeczeństwo” wie lepiej jak jest, ze swojej stacji telewizyjnej, swojego portalu czy gazety. I zależy od tego jaka to jest stacja i gazeta taka jest opinia.

Podsumowując,  nikt nie bierze pod uwagę głosu samych hodowców koni arabskich w Polsce. Dlaczego tak się dzieje? Otóż między innymi z tego powodu, że hodowcy, czyli ludzie najlepiej zorientowani w branży, byli i są nadal bardzo krytyczni do dokonań tak zwanej “Wielkiej Trójki”. Doceniając niektóre dokonania hodowlane wymienionych osób, środowisko hodowców krytycznie odnosi się do wyprzedania przez nich embryonów od elity polskich klaczy, używania bez opamiętania obcej genetyki, zaniechania pracy nad rynkiem, ustawiania pokazów krajowych pod konie państwowe, a przede wszystkim odsunięcia hodowców prywatnych i do zamknięcia stadnin dla wszystkich poza wąskim gronem ludzi, którzy przez lata dobrze żyli ze stadniny, aukcji i wszystkiego co się wokół nich działo. Doprawdy żałosny był widok roniącego łzy do kamery, amerykańskiego fotografa Stuarta Vesty, który szlochał jak to dobrze jest wreszcie móc wrócić do Janowa. Przez lata ten znany i trzeba powiedzieć bardzo dobry fotograf pracował dla Janowa. Ale to co najważniejsze! Nie robił tego za darmo! Dziś choć mamy już wystarczająco dobrych rodzimych fotografów - Vesty jak większość dawnej ekipy, która kręciła swoje biznesy przy janowskiej aukcji, wróciła na stare śmiecie: spikerzy, ringmasterzy aukcyjni, aukcjonerzy i inni zagraniczni „fachowcy” -  dziś piszą, jak wspomniany wcześniej amerykański publicysta o powrocie energii i optymizmu do Janowa. Optymizmem promienieje również Anna Stojanowska, która obecnie nieskrępowana żadną odpowiedzialnością trzyma rękę na pulsie, a właściwie portfelu Janowa. To właśnie ta ekipa jest beneficjentem mitu o upadku stadniny w czasach gdy ich odsunięto od decydowania o jej finansach. W ramach udzielonego im przez polityków swoistego carte blanche starają się według własnego uznania odbudować to, co rzekomo zostało zniszczone. 

Częścią mitu o odbudowie hodowli jest przekonanie społeczeństwa przed telewizorem, że już jest dobrze, że Janów jest w dobrych rękach.

Częścią mitu o odbudowie hodowli jest przekonanie społeczeństwa przed telewizorem, że już jest dobrze, że Janów jest w dobrych rękach. Z punktu widzenia polskich hodowców, nigdy nie było gorzej. Stale powiększające się straty stadniny, wynikające z obecnego złego zarządzania, są ponurą rzeczywistością. Brak pomysłu na dalsze funkcjonowanie stadniny zarówno w sferze gospodarczej, jak przede wszystkim hodowlanej, widać bardzo wyraźnie. Wspomniany wyżej amerykański publicysta zachwyca się kilkumiesięczną klaczką w Białce określając ją jako najlepsze źrebię, jakie widział podczas swojego pobytu w Polsce. Czyż można jaśniej wykazać zapaść hodowlaną Janowa? Źrebię z Białki lepsze od źrebiąt z Janowa?! Mit niezastąpionych fachowców jest dobry na potrzeby mediów, ale w rzeczywistości nikt z hodowców nie daje się na to nabrać,  a  brak  u tych państwa refleksji nad rzeczywistymi przyczynami kryzysu w stadninie, w tym popełnionych przez nich samych własnych błędów, nie wróży dobrze poprawie sytuacji. Choć z pewnością ich sytuacja  już się poprawiła. I o to od początku była ta wojna. Bo jak nie wiadomo o co chodzi to wiadomo, że chodzi o …….

Mit niezastąpionych fachowców to najbardziej szkodliwy dla polskiej hodowli mit, który poza oczywistymi szkodami w hodowli, uwłacza jednocześnie rzeszy polskich zootechników, hodowców i rolników - oraz ich akademickich nauczycieli, którzy przez kilkadziesiąt lat nie potrafili wykształcić ludzi, którzy choćby teczkę za „prawdziwymi fachowcami”, mogliby nosić.

To, że nie ma ludzi niezastąpionych to znana powszechnie prawda, a niezastąpieni fachowcy to mit.

Symboliczna funkcja Janowa

Istnienie Janowa nie sprowadza się jedynie do jego funkcji hodowlanej czy ekonomicznej, pełni on też rolę symbolu polskiej hodowli koni. Janów obecnie został  sprowadzony wyłącznie do miejsca, gdzie rzekomo przyjeżdżają kupcy z całego świata, aby kupić za dewizy nasze konie, a miejscowej ludności podobnie jak za komuny, pozwala się popatrzeć przez płot jak bawią się „politycznie poprawni” oraz bogaci. Każdego roku w połowie sierpnia media są stymulowane emocjami wokół sprzedaży koni w Janowie i w powszechnym odbiorze nic innego co wiąże się z Janowem nie ma znaczenia.  Przy okazji medialnego zainteresowania pojawiają się w Janowie politycy wszelkich opcji, aby ogrzać się nieco w międzynarodowym towarzystwie. 

Aukcja Polish Prestige 1997, od lewej; Prezydent RP Aleksander Kwaśniewski, Jolanta Kwaśniewska oraz członek zarządu SK Janów Marek Trela, źródło; materiały Polish Prestige 

Wbrew temu co twierdzą “arabocelebryci” polityka zawsze była silnie obecna w Janowie  i chyba należy się z tym pogodzić.  Jednak aukcja, która miała w założeniu stać się korzystną dla hodowli promocją polskiej hodowli koni arabskich, przytłoczyła sam Janów jako obiekt hodowlany. Do tego powielane w przestrzeni medialnej mity, półprawdy i całkiem zmyślone historie, blokują pozytywny przekaz stadniny w Janowie. Stadnina janowska, jej burzliwa historia i znaczenie jako symbolu polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej, są niemal powszechnie znane na całym świecie w Polsce bywa  z tą wiedzą różnie. 

W  kontekście przedstawionych wyżej problemów należy  wreszcie po latach, zadać  niewygodne dla pielęgnowanej w oparach mitu historii Stadniny Koni Janów Podlaski  pytania, które pozwolą oczyścić opowieść o przeszłości stadniny, po to aby można było zapisać kolejne karty historii bez fałszu i przemilczeń : 

  1. Dlaczego do tej pory w Janowie nie upamiętniono Stanisława Pohoskiego?
  2. Dlaczego do tej pory w Janowie nie upamiętniono sześciu pracowników zamordowanych przez gestapo w grudniu 1943 roku? 
  3. Dlaczego do dziś nie upamiętniono w Janowie Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech, któremu zawdzięczamy odzyskanie polskich koni z Niemiec w latach 1945-1947 w tym większości funkcjonujących po wojnie koni arabskich?
  4. Dlaczego do dziś w Janowie nie upamiętniono stadnin w Albigowej i Nowym Dworze oraz koni i ich hodowców?
  5. Dlaczego do dziś w Janowie nie upamiętniono hodowców prywatnych, których konie stanowią fundament tej hodowli?
  6. Dlaczego w Janowie na eksponowanym miejscu do dnia dzisiejszego wisi komunistyczne odznaczenie, a brak powyższych?

Order Sztandaru Pracy, pierwotnie order „Sztandar Pracy” – odznaczenie państwowe Polski Ludowej ustanowione ustawą z dnia 2 lipca 1949 roku ... w celu nagrodzenia wyjątkowych zasług położonych dla Narodu i Państwa.. Ostatni raz nadano go w 1991. Został zniesiony w 1992. Wzorem dla tego odznaczenia były dwa sowieckie ordery: wojskowy Order Czerwonego Sztandaru i cywilny Order Czerwonego Sztandaru Pracy. 

Dopiero głębokie zastanowienie się nad zadanymi powyżej pytaniami może być wstępem do uporządkowania sytuacji w samym Janowie, ale także snutej wokół niego narracji. Bez głębokiej “dekomunizacji” zarówno w sferze historycznej, jak również ekonomicznej, za jedno lub dwa pokolenia jego rzeczywista wartość kulturowa przeminie. Wtedy w sferze opowieści pozostaną wszystkie utrwalone przez lata mity, a hodowla koni w Janowie stanie się historią, którą dawni bywalcy janowskich aukcji będą przyjeżdżali do Janowa opłakiwać razem z własną utraconą młodością. 



[1]Krzyształowicz Andrzej “Janów Podlaski w latach 1939-1967”, Koń Polski Nr 2(6)1967

[2] Podobną sytuacja miała miejsce w Stadzie Ogierów w Białce, gdzie Żydzi byli dowożeni z getta w Gorzkowie do prac gospodarczych na terenie stada,  w; Hanna Sztuka “ Wojenne losy polskich koni  cz.6 Państwowe Stado Ogierów Białka “ purepolishsociety.com 

[3] Luft Monika “Arabska awantura od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” , s.118-119

[4] Bochenek Tadeusz …”Wczesnym rankiem, kiedy ludzie szli do pracy, gestapo zorganizowało łapankę. Wszystkich zatrzymanych Polaków, spędzono na plac w Janowie, koło budynku dziosiejszego liceum ogólnokształcącego, gdzie kwaterowała niemiecka straż graniczna. Sprawdzając kolejno nazwiska, Niemcy wyselekcjonowali aresztowanych i wysyłali bądź do domu, bądź do dalszych przesłuchań w gestapo w Białej Podlaskiej. Z tych pracowników stadniny, których przekazano w ręce gestapo, pamiętam : Leona Grucia, Jana Szmajdę, Stanisława Jędrzejczuka, Mieczysława Zielińskiego, Stanislawa Wojciechowskiego i Olędzkiego. Wszystkich wymienionych wywieziono do kaźni gestapo na Zamku w Lublinie. Stamtąd wrócił tylko kowal-podkuwacz Stanisław Jędrzejczuk, za którym wstawił się sam komendant Fellgiebiel tłumacząc, że jest on niezbędny w stadninie ze względu na zawód”. Wspomnienie z pracy w stadninie Janów Podlaski, maszynopis 1977

[5] Bałgaj  Ewa “ Marek Trela. Moje konie moje życie”,  Warszawa 2016, s.102

[6] Trela Marek “Janów Podlaski 1939-1944” , Araby Nr 9 (2/2008)

[7] Brands Ehrenfried “Z końmi między frontami”, Cieszyn 2008, s.117

[8]  Dawną granicę Polski przekroczyło 21 ludzi wraz z inspektorem Michałem Jankowskim, Andrzejem Krzyształowiczem, podkoniuszym Witalisem Bieleckim, sekretarzem stadniny L. Przybylskim, sanitariuszem A. Klimkiewiczem i masztalerzami J. Ziniewiczem i J. Matuszem, K. Guziukiem, Ł. Sawczukiem, R.Michałowskim, J. Mochnaczem, F. Kaczmarkiem, J. Rudaszem i M. Kowalczykiem

[9] Bochenek Tadeusz “Wspomnienie z pracy w stadninie Janów Podlaski’, maszynopis 1977

[10] Ogier Amurath Sahib został zakupiony do Państwowego Stada Ogierów Bogusławice przed wybuchem II wojny światowej 

[11] Krzyształowicz Andrzej “P.S.K. w Janowie Podlaskim (1944-1946)” , Hodowca Koni Nr 4 (1948)

[12] publikacje wspomnieniowe opisujące ten temat pojawiły się dopiero w pierwszych latach XXI wieku; wspomnienia księcia Eustachego Sapiehy czy Jerzego Iwanowskiego stanowią cenne źródło wiedzy o działalności Zarządu Stadnin Polskich w Niemczech 

[13]  Luft Monika “Arabska awantura od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” , Wydawnictwo LTW 2021 s. 

[14] Podstawowa Organizacja Partyjna - komórka PZPR na terenie zakładu pracy

[15] Trela Marek “Exodus - na wygnaniu”, “Araby” 2008, Nr 3 , s.54

[16] Józef Tyszkowski wraz z rodziną ocalił grupę koni zgromadzoną przez Niemców w Starym Siole, chroniąc je przed grabieżą na terenach ówczesnej Czechosłowacji. W roku 1946 Tyszkowski wraz z końmi powrócił do Polski i do roku 1960 prowadził Stadninę Koni Nowy Dwór, gdzie urodził się między innymi słynny Comet; Hanna Sztuka “Wojenne losy polskich koni. Józef Tyszkowski i jego epopeja” , polskiearaby.com 

[17]  Luft Monika “Arabska awantura od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” , Wydawnictwo LTW 2021 s. 162

[18] Anna Dębska, słynna rzeźbiarka, wykupiła w roku 1966, urodzoną w Albigowej klacz Maciejka, przeznaczoną do rzeźni. Pomimo, że artystce grożono sądem i milicją, za posiadanie klkaczy arabskiej,  Maciejka ocalała i założyła jedną z pierwszych linii w prywatnej hodowli w Polsce po II wojnie. Z linii Maciejki wywodzi się między innymi znany ogier Mąciwoda 1994 a także kilka cennych klaczy w dzisiejszej hodowli prywatnej.  

[19]  Luft Monika “Arabska awantura od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” , Wydawnictwo LTW 2021 s. 163

[20] Monika Luft “Nie ma przepisu na hodowlę” , polskiearaby.com 2010 

[21] Luft Monika “Arabska awantura od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” , Wydawnictwo LTW 2021 s. 253-257. Książka została wydana w roku 2021. Wyrok sądu z dnia 19 grudnia 2023 potwierdza, że Marek Trela w roku 2008 złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne. Wszystkie dokumenty przywołane w książce Moniki Luft są prawdziwe a autorka zgodnie z prawdą stwierdziła, że nie ma dowodów na to, że Marek Trela zarejestrowany jako TW współpracę podjął.

Copyright © 2020
projekt IRN Multimedia
oprogramowanie choruzy.pl

Strona wykorzystuje COOKIES w celach statystycznych, bezpieczeństwa oraz prawidłowego działania serwisu.
Jeśli nie wyrażasz na to zgody, wyłącz obsługę cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Więcej informacji Zgadzam się